sobota, 9 maja 2015

Parami, tabunami

Dwa ostatnie dni zapewniły mi rozrywek w nadmiarze.

Jadę sama z Młodszym. Główna przelotówka miasta, spory ruch. Nagły wrzask z tyłu. 
- Autko!! - jęczy Młodszy, więc oddycham spokojniej. Pewnie przytrzasnął paluszek zabawką, zaraz przejdzie. Czerwone światło, odwracam się. Na dolnej wardze, niczym kolczyk, wisi zabawka z jajka-niespodzianki. Zakotwiczona na mur. To dopiero niespodzianka. Uwolniłam go na najbliższym parkingu, ale dziurkę pod kolczyk miał niemal gotową do użycia.

Popołudnie w miłym towarzystwie u znajomych. Poza spryskaniem telewizora odżywką do storczyków i stworzeniem graffiti na ścianie (zmyło się na szczęście) nie było większych wypadków. Wysiedliśmy pod domem. Niemal wszyscy. Palec Starszego pozostał w środku. 
Po łyżeczce Ibumu i odcinku Bolka i Lolka przestał boleć, więc odetchnęłam spokojniej. Rano bez zmian. W połowie dnia telefon ze szkoły. Palec spuchł i pewnie boli, bo Starszy płakał.
Pędem do szkoły. 
- Boli? Płakałeś.
- Taaaak, bo za linię wyszedłem...
Idziemy do szpitala, biegnie przez park goniąc gołębie, a bandaż z temblaka powiewa za nim jak zerwana smycz. I znów oddycham spokojniej.

Pierwsze zdjęcie. Złamanie z przemieszczeniem. Trzeba nastawić. Znieczulenie tryska ze strzykawki, ochlapując mi policzek. Spore ręce chirurga manipulują przy centymetrowej kosteczce.
Drugie zdjęcie. Prawie bez poprawy. Drugie nastawianie i pierwszy gips. Za trzy dni do kontroli. Zbiorowa konsultacja z ortopedą, czy wystarczy, czy tę mikrokostkę trzeba jednak od wewnątrz poukładać. 

Wracam do domu. Na bluzce ślady Starszakowego płaczu i gipsu. Krew na rękach.
Ranny słaniając się na nogach dotarł do cukierni, ordynując lody o smaku gumy balonowej. Pokrzepiony wdrapał się na wieżę z opon, podpierając się łokciem, po czym zjechał, nabijając mi potężnego guza na czole. Było nie asekurować. Ostudziło mnie to.

W domu powitała nas nowina. Spryskany wczoraj hojnie odżywką telewizor znajomych stoi nadal, jak byk. Właczony parska iskrami. Cudownie.

Jak to dobrze, że nie kupiłam tego aparatu, na który zbierałam.

Już przy tym nie ruszył mnie fakt, że dzień po dniu kolejne dwie pary butów postanowiły pozostawić po sobie ślad. Pierwsze zostawiły na chodniku obcas, drugie całą podeszwę. Ach nic to. Mam przecież klapki. Jeszcze.


6 komentarzy:

  1. Ech, poklepuję po ramieniu ze współczuciem :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, jak się człowiek wygada i poklepany poczuje - od razu trochę raźniej ;)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Oj tak. Zdecydowanie żyjemy ;)

      Usuń