Łuk zamieszkał z nami od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz miałam czas zrobić z niego użytek. Trochę jeszcze marny, ale ostatecznie ćwiczenie czyni mistrza, czyż nie?
Udało mi się kilka razy trafić w cel, kilka zaś razy strzelić sobie cięciwą po przedramieniu (karwasze poproszę!). Nabiera teraz ładnie żółtej barwy. Już czekam na błękity...
Strzelaliśmy wraz z (również dzieciatymi) znajomymi w pięknych okolicznościach przyrody. Akacje pachniały odurzająco, nieletnia armia czworga (może nieliczna, ale doborowa) biegała po skarpach, przekształconych w statek. Starszy na zmianę przeprowadzał abordaż, rzucał piorunami kulistymi i zamiatał. Każda okazja jest dobra. Najlepsza poza domem.
Młodszy tłukł łukiem Starszego o ziemię, domagając się naszych strzał, szarżował na okręt bojowy, po czym zjeżdżał z niego na ubłoconym siedzeniu. Oraz obdarzył mnie bukietem kwitnących chwastów, kiedy niezobowiązująco zagadnęłam powietrze, czy nie zorganizowałby mi ktoś kwiatów akacji...