poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Multitasking

Jak jednocześnie:
zachęcić, by Hunowie zjedli zieleninę?
uciszyć zmęczoną Li, wyjącą z samozaparciem godnym podziwu?
nie zagryść, a miło wieczór spędzić?
wyfroterować podłogę?

Zabawmy się. Należy wziąć kępkę roszpunki zalegającej w lodówce i zagrożonej zasuszeniem. Inna też może być. Podnieść ją i szumieć, udając drzewo.
- Taś, taś, diplooodokuuu!
I już.
Hunowie na czworaka pożerają na jednym posiedzeniu hałdę zielska, Li zanosi się śmiechem w foteliku i dokarmia dinozaury o nader krótkich szyjach.
Podłoga lśni. Trochę rozgniecionymi strzępkami zieleni co prawda, ale kto by na to zwracał uwagę?

środa, 5 kwietnia 2017

czarna seria

Ściga mnie jakieś fatum. Zaczęło się ze dwa tygodnie temu, kiedy blender mi się podzielił. Mniej więcej tak, jak lustro, w które trafiła piłka kopnięta przez kaczkę Katastrofę.
- Och, no trudno, miał swoje lata - pomyślałam. 
Następnego dnia jakieś czarne Audi z impetem wypadło z parkingu pod prąd i wbiło się w maskę mojej Zafiry. 
- Cóż za szczęście, ze nam się nic nie stało i że mam w AC opcję lawety! - pocieszałam się, pchając do domu wózek z Gąsienicą, Młodszym, rowerkiem, deskorolką i całą resztą zgarniętą z bagażnika.
Kolejna była suszarka, wydając ostatnie tchnienie wrz z delikatnymi oparami dymu, wypływającego z wywietrznika.
- Och, szkoda, ale cóż, lat miała więcej, niż blender.
Kilka dni później Gąsienica, po domowemu zwana Li i z uporem maniaka usiłująca dostać się do laptopa, zdołała wreszcie wylać pod niego resztę zimnej herbaty. 
- Oszsz, cholera, moja wina, trzeba było nie stawiać kubka tak blisko! - westchnęłam ratując, co się da. Dało się niestety niewiele.
W ciągu kolejnych dwóch dni pracowałam na pożyczonych laptopach, z których jednemu padł zasilacz, a drugi tajemniczym sposobem przestawił swój ekran na jakiś mocno niefunkcjonalny tryb i pół dnia zajęło mi odkręcanie tego z powrotem.
- Najważniejsze, że nadal działają, prawda?
Wczoraj wyszarpnęłam sobie chwilę i z błogością usiadłam do maszyny. W połowie szwu zazgrzytała, szarpnęła i stanęła. Zrobiłam, co się dało. I nic.
- ...
Dzisiaj Li po raz setny zaśliniła mi komórkę, cisnąwszy  wcześniej o podłogę. Tym razem doprowadziła ją do ostateczności.

- ... no bez jaj!!

Jakbyście mieli jakieś stare sprzęty i nie mieli serca ich wymienić, bo przecież JESZCZE DZIAŁAJĄ - przyślijcie je do mnie. Problem rozwiąże się zapewne sam w ciągu dwóch - trzech dni. No, góra tydzień.


środa, 25 stycznia 2017

Niedoszła kariera

Jak ten żuczek gnojarek toczę i toczę swój garb uroczy...

Tempo, w jakim Hunowie tworzą dziury na kolanach jest imponujące. Ilość utyskiwań na nadmiar energetyczny Młodszego powoli zaczyna mi powszednieć. Nie wytrzymał z nim nawet Pan Od Piłek. Zajęcia, w założeniu pomagające dzieciom się wyszaleć, nie przewidują widać przypadku radosnego Huna Barbarzyńcy. Pan Od Piłek wygląda raczej na Pana Od Chóru dla Dziewcząt. Niewykluczone, ze po zajęciach z dziećmi z obrzydzeniem wzdraga się na myśl o jakichkolwiek aktywnościach sportowych. Jest wątły, mówi głosem cichym i znękanym. Aczkolwiek to znękanie to może tylko przy mnie.
- A nie można mu powiedzieć [żeby nie szalał/ skakał/ gryzł piłek/ chichotał obłąkańczo]..? - pyta z resztką dobrej woli.
- On to wszystko wie! - zapewniłam go.
- I nie zmieni się..?
- Ależ zmieni! Za jakieś 3, może 5 lat. Tylko nie wiem, czy chce Pan tyle czekać...

Widać nie chciał, bo Młodszy już nie chodzi na piłki. Nie pisana mu kariera piłkarza.
Jakby ktoś potrzebował treningu w zakresie samokontroli, cierpliwości czy po prostu wytrzymałości psychicznej i fizycznej - herbata jest zawsze o 16. A jak nie będzie, to nie szkodzi. I tak by pewnie wystygła.

piątek, 25 listopada 2016

Wycieńczony barbarzyńca

Jako matka Hunom nierzadko słyszę opinie, prośby, petycje, skargi.
- Proszę nie dawać Młodszemu rano Redbulla!- błagała pani w żłobku.
- Starszy łazi po drzewie na boisku! - oznajmił pan ze świetlicy. (Drzewo jest niższe niż drabinki, niemniej drzewem jest i wywołuje w kadrze dreszcz przerażenia)
- Młodszy wciąż skacze! Z krzeseł, stołu! W kałuże! - pani w przedszkolu była oburzona.
- Starszy rysował kredką po podłodze - oznajmiła świetliczanka ze zgrozą - Z pre-me-dy-ta-cją! 
- Starszy chodzi po korytarzu i udaje zombiaka!
Kogo udaje Młodszy wydając z siebie najróżniejsze dźwięki wysoko-decybelowe i rozpychając ściany placówki skondensowaną energią - nie wie nikt.

Wiosną klasa Starszego jedzie na Zielona Szkołę. Już teraz pani zapowiedziała, że ma pracować nad zachowaniem podczas wyjść i przebywać jednak na tej samej orbicie, co pozostali. Powtórzyłam Starszemu.
Po kolejnym wyjściu podpytuję panią o efekt. Pani drgnęła w sobie, błysnęła oczami i za plecami pozostałych rodziców wykrztusiła:
- Dobrze... Poza tym, że całą drogę wykrzykiwał, że go bolą nogi i zaraz zdechnie... to było naprawdę dobrze!
Panowanie nad sobą to zaiste heroiczny wysiłek. W sumie dobrze go rozumiem.

wtorek, 22 listopada 2016

Owca - odcinek pierwszy

Osiedle sypialniane, wieżowce i mały punkt z totolotkiem, pistoletami na kapiszony i psimi zabawkami w kształcie kurczaków.
- Dzień dobry, szukam szczotki do czesania zwierząt...
Pan wyciągnął cały arsenał:
- Jaki pies?
- Owca...
Nawet nie mrugnął. Podsunął mi taką z długimi bolcami - Ta powinna być dobra.
Mija chwila.
Pakuje resztę, krząta się, wreszcie znieruchomiał i nie wytrzymał:
- Naprawdę trzyma pani owcę..?!
- Naprawdę, ale samo zewnętrze, bez środka. Na balkonie...

Z tempem nadświetlnym z punktu widzenia ludzkości, a zwłaszcza dinozaurów, realizuję swój projekt oswajania owcy. Dostałam worek runa z owieczek rasy Scottish blackface i Gotland. Ja się rozświetliłam wewnętrznym światłem, M. zaś przygasł jakby... Wczesną jesienią (ha, dopiero co!) uprałam część. Zabrałam naręcze runa na weekendowy wyjazd na Wolin.


Wpakowałam do więcierza (kosza do łapania ryb). Wrzuciłam do rzeki i pozwoliłam się pławić.
Staliśmy w wąskim przesmyku między trzcinami, mocując linę do pnia. Woda pachniała rybami, wiatr wilgocią. Lniana kiecka przywierała no nóg. Trochę wełny, a przeszłość drapała w kołnierz.


Po kilku godzinach wełenka stała się zdecydowanie jaśniejsza i ładniej pachnąca. Wystarczy wyjąć trochę wodorostów, trawek i nasionek.



Wysuszyłam i... zaczął się z przytupem rok szkolny. Wszystko wskazuje, że zdążę wydziergać sobie z tej wełny jakiś ocieplacz akurat na stare lata, ale się nie poddaję.

Lepiej zacząć, niż tylko planować, prawda? Wrzuciłam sobie baner Bebe na pulpit i krzepię się nim. Garstka wyczesanej do przędzenia wełny jest drastycznie, ba! porażająco niezauważalna w porównaniu z resztą. Ale jest! I tego się trzymam. Jak akcja się rozwinie, nie omieszkam Wam pokazać. Albo wnukom Waszym.

poniedziałek, 10 października 2016

Pogawędki



Razem z jesienią zaczynają się zajęcia zlecone, odbierając szczątki czasu na zajęcia całkiem nielukratywne. Wyszarpuję czasem małe kłaczki... Bez kłaczków - nie ma mnie! Usilnie ocalam te kawałki mnie, które są tylko mną. Bezfunkcyjną, bezzadaniową mną. Bez roli żadnej. Te dla mnie samej.

W półprzytomności własnej doceniam przytomność potomka. Przyszedł do nas kolega Starszego i eksploruje zabawki. Słyszę prze ścianę jego głos - spokojny, zrównoważony i dumam nad faktem istnienia chłopców, którzy potrafią mówić bez pokrzykiwania i przejść z punktu A do B bez podskakiwania i roznoszenia przestrzeni. Ja takich na stanie nie posiadam.
W pewnym momencie dobiega mnie pełne podekscytowania:
- No nie gadaj! Masz... (i tu jakiś kod liter i cyfr, coś jak Kl45Fx albo cokolwiek podobnego)?!
Yyyy? pomyślałam. Starszak, czułam przez ścianę, pomyślał podobnie. Tylko Młodszy z pełną nonszalancją nie zdradził naszej ignorancji dóbr posiadanych:
- Nooo, mamy! - głosem tak znudzonym, jakby tych coś-tam-X całe skrzynie. Może zresztą ma, kto wie?


Tymczasem Gąsienica dorosła do szafek, szuflad i schowków. Znacie, prawda? Skrzętnie omija pudło ze swoimi zabawkami, rzucając się jak wygłodniała na lego (Duplo nie, ono jest dla maluchów!) i paczki kaszy. I na patelnię, która tak cudnie wpada w wibracje, kiedy nią tłucze o kafelki w kuchni. 
Jak to dobrze, że moja sąsiadka z dołu jest głucha! Serio.

poniedziałek, 19 września 2016

Amplituda

Dni badań szpitalnych mają swój własny czas. To najgorszy rodzaj czasu, jaki znam. Gęsty, smolisty, lepki. Męczy samym swoim biegiem. Przeładowany emocjami posuwa się na przód w tempie urągającym prawom natury.
Po kilku takich dniach dostaje się kilka stron wypisu z wynikami. A dalej - bywa różnie. My kolejny raz mieliśmy szczęście. Zamykamy drzwi za sobą. Z radością, smakującą dziwnie muliście, jak osad myśli o tych, którzy zostali za drzwiami.

Ale jesteśmy oto w samym środku słonecznego dnia.
Przed nami weekend, który wprost prosi się o świętowanie. Strząśnijmy z siebie opary zmartwień!
Jako iż mój mąż przywiązany jest do miasta opieką nad starszą częścią rodziny (ech!), pozostała nam wyprawa samotna. Po letnich wojażach trasy mi nie straszne. Aczkolwiek każdy, kto zna mnie lepiej wie, że nie ma trasy, na której bym się nie zgubiła. Komórkę mam starą, bez internetu czy GPS, wspomagam się więc atlasem, pamięcią z map internetowych i awaryjnymi telefonami do męża. Tym razem wybraliśmy Poznań. Kiedy jadąc ze Szczecina zobaczyłam czarno-żółte paski słupków granicznych i wiele kilometrów autostrady bez zjazdów do zawracania, zrobiło mi się jednak trochę nieswojo na duszy. No dobrze, bardziej niż trochę, zwłaszcza, że Gąsienica była za granicą nielegalnie... Zwiedziliśmy kawałek sąsiedniego kraju, schludne ogródki i małe wioski... półtorej godziny później udało nam się wrócić do punktu wyjścia.
Ostatecznie dotarliśmy do celu podtrzymując się na duchu motywacyjnymi okrzykami. Gąsienica przyłączyła się dość ogłuszająco, trzeba przyznać.
Na miejscu czekała jednak koleżanka z dwójką Hunowych towarzyszy.
Wprawdzie tuż przed poznaniem zadzwoniła, że młodszy Poznaniak właśnie zaczął gorączkować (!), ale za późno było na powrót. I dobrze.
Reset był przesympatyczny. I Kórnik był. I jezioro, i gofry. Zbyt głośne zabawy bandy nieletnich. I pogaduchy wieczorami w dyskretnym towarzystwie komarów.

Dobrze jest.