środa, 25 stycznia 2017

Niedoszła kariera

Jak ten żuczek gnojarek toczę i toczę swój garb uroczy...

Tempo, w jakim Hunowie tworzą dziury na kolanach jest imponujące. Ilość utyskiwań na nadmiar energetyczny Młodszego powoli zaczyna mi powszednieć. Nie wytrzymał z nim nawet Pan Od Piłek. Zajęcia, w założeniu pomagające dzieciom się wyszaleć, nie przewidują widać przypadku radosnego Huna Barbarzyńcy. Pan Od Piłek wygląda raczej na Pana Od Chóru dla Dziewcząt. Niewykluczone, ze po zajęciach z dziećmi z obrzydzeniem wzdraga się na myśl o jakichkolwiek aktywnościach sportowych. Jest wątły, mówi głosem cichym i znękanym. Aczkolwiek to znękanie to może tylko przy mnie.
- A nie można mu powiedzieć [żeby nie szalał/ skakał/ gryzł piłek/ chichotał obłąkańczo]..? - pyta z resztką dobrej woli.
- On to wszystko wie! - zapewniłam go.
- I nie zmieni się..?
- Ależ zmieni! Za jakieś 3, może 5 lat. Tylko nie wiem, czy chce Pan tyle czekać...

Widać nie chciał, bo Młodszy już nie chodzi na piłki. Nie pisana mu kariera piłkarza.
Jakby ktoś potrzebował treningu w zakresie samokontroli, cierpliwości czy po prostu wytrzymałości psychicznej i fizycznej - herbata jest zawsze o 16. A jak nie będzie, to nie szkodzi. I tak by pewnie wystygła.

piątek, 25 listopada 2016

Wycieńczony barbarzyńca

Jako matka Hunom nierzadko słyszę opinie, prośby, petycje, skargi.
- Proszę nie dawać Młodszemu rano Redbulla!- błagała pani w żłobku.
- Starszy łazi po drzewie na boisku! - oznajmił pan ze świetlicy. (Drzewo jest niższe niż drabinki, niemniej drzewem jest i wywołuje w kadrze dreszcz przerażenia)
- Młodszy wciąż skacze! Z krzeseł, stołu! W kałuże! - pani w przedszkolu była oburzona.
- Starszy rysował kredką po podłodze - oznajmiła świetliczanka ze zgrozą - Z pre-me-dy-ta-cją! 
- Starszy chodzi po korytarzu i udaje zombiaka!
Kogo udaje Młodszy wydając z siebie najróżniejsze dźwięki wysoko-decybelowe i rozpychając ściany placówki skondensowaną energią - nie wie nikt.

Wiosną klasa Starszego jedzie na Zielona Szkołę. Już teraz pani zapowiedziała, że ma pracować nad zachowaniem podczas wyjść i przebywać jednak na tej samej orbicie, co pozostali. Powtórzyłam Starszemu.
Po kolejnym wyjściu podpytuję panią o efekt. Pani drgnęła w sobie, błysnęła oczami i za plecami pozostałych rodziców wykrztusiła:
- Dobrze... Poza tym, że całą drogę wykrzykiwał, że go bolą nogi i zaraz zdechnie... to było naprawdę dobrze!
Panowanie nad sobą to zaiste heroiczny wysiłek. W sumie dobrze go rozumiem.

wtorek, 22 listopada 2016

Owca - odcinek pierwszy

Osiedle sypialniane, wieżowce i mały punkt z totolotkiem, pistoletami na kapiszony i psimi zabawkami w kształcie kurczaków.
- Dzień dobry, szukam szczotki do czesania zwierząt...
Pan wyciągnął cały arsenał:
- Jaki pies?
- Owca...
Nawet nie mrugnął. Podsunął mi taką z długimi bolcami - Ta powinna być dobra.
Mija chwila.
Pakuje resztę, krząta się, wreszcie znieruchomiał i nie wytrzymał:
- Naprawdę trzyma pani owcę..?!
- Naprawdę, ale samo zewnętrze, bez środka. Na balkonie...

Z tempem nadświetlnym z punktu widzenia ludzkości, a zwłaszcza dinozaurów, realizuję swój projekt oswajania owcy. Dostałam worek runa z owieczek rasy Scottish blackface i Gotland. Ja się rozświetliłam wewnętrznym światłem, M. zaś przygasł jakby... Wczesną jesienią (ha, dopiero co!) uprałam część. Zabrałam naręcze runa na weekendowy wyjazd na Wolin.


Wpakowałam do więcierza (kosza do łapania ryb). Wrzuciłam do rzeki i pozwoliłam się pławić.
Staliśmy w wąskim przesmyku między trzcinami, mocując linę do pnia. Woda pachniała rybami, wiatr wilgocią. Lniana kiecka przywierała no nóg. Trochę wełny, a przeszłość drapała w kołnierz.


Po kilku godzinach wełenka stała się zdecydowanie jaśniejsza i ładniej pachnąca. Wystarczy wyjąć trochę wodorostów, trawek i nasionek.



Wysuszyłam i... zaczął się z przytupem rok szkolny. Wszystko wskazuje, że zdążę wydziergać sobie z tej wełny jakiś ocieplacz akurat na stare lata, ale się nie poddaję.

Lepiej zacząć, niż tylko planować, prawda? Wrzuciłam sobie baner Bebe na pulpit i krzepię się nim. Garstka wyczesanej do przędzenia wełny jest drastycznie, ba! porażająco niezauważalna w porównaniu z resztą. Ale jest! I tego się trzymam. Jak akcja się rozwinie, nie omieszkam Wam pokazać. Albo wnukom Waszym.

poniedziałek, 10 października 2016

Pogawędki



Razem z jesienią zaczynają się zajęcia zlecone, odbierając szczątki czasu na zajęcia całkiem nielukratywne. Wyszarpuję czasem małe kłaczki... Bez kłaczków - nie ma mnie! Usilnie ocalam te kawałki mnie, które są tylko mną. Bezfunkcyjną, bezzadaniową mną. Bez roli żadnej. Te dla mnie samej.

W półprzytomności własnej doceniam przytomność potomka. Przyszedł do nas kolega Starszego i eksploruje zabawki. Słyszę prze ścianę jego głos - spokojny, zrównoważony i dumam nad faktem istnienia chłopców, którzy potrafią mówić bez pokrzykiwania i przejść z punktu A do B bez podskakiwania i roznoszenia przestrzeni. Ja takich na stanie nie posiadam.
W pewnym momencie dobiega mnie pełne podekscytowania:
- No nie gadaj! Masz... (i tu jakiś kod liter i cyfr, coś jak Kl45Fx albo cokolwiek podobnego)?!
Yyyy? pomyślałam. Starszak, czułam przez ścianę, pomyślał podobnie. Tylko Młodszy z pełną nonszalancją nie zdradził naszej ignorancji dóbr posiadanych:
- Nooo, mamy! - głosem tak znudzonym, jakby tych coś-tam-X całe skrzynie. Może zresztą ma, kto wie?


Tymczasem Gąsienica dorosła do szafek, szuflad i schowków. Znacie, prawda? Skrzętnie omija pudło ze swoimi zabawkami, rzucając się jak wygłodniała na lego (Duplo nie, ono jest dla maluchów!) i paczki kaszy. I na patelnię, która tak cudnie wpada w wibracje, kiedy nią tłucze o kafelki w kuchni. 
Jak to dobrze, że moja sąsiadka z dołu jest głucha! Serio.

poniedziałek, 19 września 2016

Amplituda

Dni badań szpitalnych mają swój własny czas. To najgorszy rodzaj czasu, jaki znam. Gęsty, smolisty, lepki. Męczy samym swoim biegiem. Przeładowany emocjami posuwa się na przód w tempie urągającym prawom natury.
Po kilku takich dniach dostaje się kilka stron wypisu z wynikami. A dalej - bywa różnie. My kolejny raz mieliśmy szczęście. Zamykamy drzwi za sobą. Z radością, smakującą dziwnie muliście, jak osad myśli o tych, którzy zostali za drzwiami.

Ale jesteśmy oto w samym środku słonecznego dnia.
Przed nami weekend, który wprost prosi się o świętowanie. Strząśnijmy z siebie opary zmartwień!
Jako iż mój mąż przywiązany jest do miasta opieką nad starszą częścią rodziny (ech!), pozostała nam wyprawa samotna. Po letnich wojażach trasy mi nie straszne. Aczkolwiek każdy, kto zna mnie lepiej wie, że nie ma trasy, na której bym się nie zgubiła. Komórkę mam starą, bez internetu czy GPS, wspomagam się więc atlasem, pamięcią z map internetowych i awaryjnymi telefonami do męża. Tym razem wybraliśmy Poznań. Kiedy jadąc ze Szczecina zobaczyłam czarno-żółte paski słupków granicznych i wiele kilometrów autostrady bez zjazdów do zawracania, zrobiło mi się jednak trochę nieswojo na duszy. No dobrze, bardziej niż trochę, zwłaszcza, że Gąsienica była za granicą nielegalnie... Zwiedziliśmy kawałek sąsiedniego kraju, schludne ogródki i małe wioski... półtorej godziny później udało nam się wrócić do punktu wyjścia.
Ostatecznie dotarliśmy do celu podtrzymując się na duchu motywacyjnymi okrzykami. Gąsienica przyłączyła się dość ogłuszająco, trzeba przyznać.
Na miejscu czekała jednak koleżanka z dwójką Hunowych towarzyszy.
Wprawdzie tuż przed poznaniem zadzwoniła, że młodszy Poznaniak właśnie zaczął gorączkować (!), ale za późno było na powrót. I dobrze.
Reset był przesympatyczny. I Kórnik był. I jezioro, i gofry. Zbyt głośne zabawy bandy nieletnich. I pogaduchy wieczorami w dyskretnym towarzystwie komarów.

Dobrze jest.

piątek, 2 września 2016

Dla tych, co spadli pod stół...

Znajoma wymarzyła sobie obrus na stół. Duży stół, mieszczący pod sobą co najmniej dwójkę dzieci ;)

Marzenia należy spełniać, jeśli tylko to możliwe, prawda? (Chętnym podeślę swoją listę... Długą, tak więc wiecie...). Gąsienica siedziała wówczas jeszcze w kokonie (tak, mówiłam, że mam zaległości), choć już niedaleko jej było do słońca. Usiadłam więc do maszyny i rozpoczęłam budowę domu.
Dom miał mieć drzwi, okna z firankami i zasłonkami, jakieś kwiecie pod ścianami. I plamoodporny dach - wiadomo, szkodniki, gołębie, dzieci... - te sprawy.

Większość aplikacji uszyłam z cienkiego polaru, żeby można było spokojnie prać, a ściany z niegniotącej się zbytnio tkaniny, żeby nie trzeba było prasować.

Zajęło mi to sporo czasu. Więcej, niż myślałam i drugi raz przemyślałabym lepiej decyzję o podjęciu się takiej pracy, choć sprawiło mi to też sporo radości.

Spokoju nie dawała mi myśl, jak szczęśliwa byłaby MOJA banda, posiadając taką bazę. Tylko skąd ja wezmę stół w naszej mikroprzestrzeni, który nie jest zastawiony pod spodem pudłami, koszami i któż-wie-czym-jeszcze..? Życie pokazuje, że nie ma co się poddawać... Ale to już zupełnie inna historia ;)

Dom w całości prezentuje się najlepiej na właściwym dla siebie stole, zdjęcia zaś pokazują stan pozbawiony szkieletu, można sobie jednak wyobrazić całokształt, prawda?

Usiłując zrobić cokolwiek z choć jednym Hunem w domu - trzeba było go czymś zająć. Tworzyliśmy więc oboje...


Większość aplikacji obszyłam ściegiem płotkowym, nawiązującym do szycia ręcznego.


Ściana frontowa wsparta na tymczasowym stelażu ożywionym... Okna zaszyte firankami na stałe, wedle życzenia (to akurat mnie dziwi, wystawianie głowy przez okno to sama frajda, prawda?), wybrałam więc jak najbardziej przejrzyste.




Na bocznych ścianach - drzewo


i kot, naszyty z obu stron równolegle, tylko kolor oczu mu się zmienia, taka mała niespodzianka...


Elementem, który zajął mi najwięcej czasu i był najbardziej niewdzięczny w szyciu - to lamówki. Macie jakiś dobry sposób na ładne obszywanie lamówkami otworów, a nie brzegów zewnętrznych? Jeśli tak, to ja bardzo poproszę!









wtorek, 16 sierpnia 2016

Postępy

Muffinki, gorące jeszcze, na blacie;
papryka w piekarniku;
Gąsienica przed lustrem w przedpokoju, bije pokłony do własnego odbicia.

Przylazła i siedzi! Kiedy, ja się pytam?!
Łazikować na czterech zaczęła w giezełku na Wolinie (ta swoboda ruchów!), siadać na Kaszubach. Jako słomiana wdowa przejeździłam z Hunami przez większość lata dużą część Polski. Rzeczywistość przelatywała nam przed oczami kalejdoskopem szos, namiotowego płótna, trzcin, ognisk, gwaru, rozmów, wędrówek i porannej kawy (czasem nawet gorącej!).

W te wojaże, jak zawsze, zapakowałam całą torbę robótek różnorodnych. A nuż znajdę chwilę? Jakbym nie wzięła, żałowałabym na pewno. Nawet trochę się udało, ale o tym później.

Ostatnim zrywem przed wyjazdem przewietrzyłam nieco szafę, ciachnęłam dwie pary jeansów i dla Hunów oraz ich przyjaciół uszyłam wakacyjne saszetki na wyprawy. Nie są szczytem skomplikowania, ani wyrafinowania, ale uwierzcie, w szale pakowania i z bandą pod nogami - i tak są wyczynem nie lada.