poniedziałek, 24 lipca 2017

Bajeczne perspektywy i kokony pajęcze

Zaraz, za chwilę jedziemy na Wolin. Warsztaty archeologii eksperymentalnej zmobilizowały nas jak co roku. W tym jakby bardziej intensywnie. Ostatnie wieczory siedziałam przy maszynie, desperacko uzupełniając garderobę Hunów i Li. Ręcznie byłoby bardziej historycznie, jasne, ale na pewno niewykonalnie.
Jak szyje matka Hunom przed wyjazdem?
Z rozpaczliwą desperacją. W efekcie klin w jednej z tunik wszyłam na lewą stronę, po czym, jak już sprułam i poprawiłam, odłożyłam do szafy, bo jest zdecydowanie za mała. Jak ja to mierzyłam..? Nic to, i tak powstało sporo. Do stosu dołóżcie jeszcze kieckę czerwoną jak maki i drugą zieloną jak trawa.


Będę prząść, mieszać wełnę w kotle, zbierać zielsko. A może głównie latać za Li i zdejmować ją z najdziwniejszych miejsc? Biegać z nią za owcami? Strzelać z Hunami z łuku? Pić herbatę zaparzoną w kotle na kowalskim, glinianym piecu w czasie deszczu?

Na warsztatach śpiewu archaicznego wyśpiewywać cały pośpiech i niedoczas codzienny.
Na warsztatach produkcji jedwabiu farbować, kroić i prząść kokony jedwabników!! 

Jeśli wybierzecie się na Wolin i zobaczycie małą bandę młodocianych Wikingów biegających po skansenie w dzikim pędzie, nie dajcie się zwieść. Przynajmniej dwóch z nich to prawdziwi Hunowie ;)



czwartek, 29 czerwca 2017

Owce, wełna i pokłosie

Sezon bytowania w przestrzeni wszechzielska rozpoczął się na dobre.
Z dzikim okrzykiem w duszy rzucam się na łąki, pławiąc się w bzyczących, pachnących, wielokształtnych chabaziach. Mieszkając w betonowym wieżowcu, uciekam z niego, kiedy tylko mogę.

Ale los bywa czasem łaskawy i zsyła pocieszenie. Albo leśniczynę, która, jak się okazuje, ma owce, dom pośrodku raju, jak również nader podobne upodobania w zakresie zielska, wełny i nie tylko.


Nie oparłam się pokusie, by ostrzyc owcę samodzielnie. Spróbowali nawet Hunowie i strzygli by do upadłego, gdybym im zazdrośnie nie wyrwała nożyc. Nigdy bym nie powiedziała, że owca ma tak ciepłą, miękką, jedwabistą skórę! W godzinę udało mi się ostrzyc owcy pół. Drugie pół pozostało w kożuchu i wróciło na łąkę, by odetchnąć. 


Ostrzyżone runo odjechało wraz ze mną i zamieszkało na balkonie. Część już uprana czeka na czesanie. 



Niech Was nie przerazi ślad czerwieni po lewej stronie. Owca pozostała w stanie nienaruszonym. Hunowie z Leśniczankami dostali kredki do znakowania zwierzyny, by pomalować owcom pazurki, a nam dać chwilę (bez)cennego spokoju. Pomalowali pazurki, owszem. Nóżki i boczki też. Własne ręce, nogi i twarze. Oraz wszystko, czego chcący lub niechcący dotknęli. 

Hunowie zostawili pół duszy w zagrodzie gesi. Leśna przypisała każdemu po jednej gęsi (jest moja, mamo, moja!), znacząc przynależność  kolorem. Teraz przysyła zdjęcia, wywołując nieodmiennie aplauz wymieszany z rozrzewnieniem.

piątek, 9 czerwca 2017

Adrenalina raz!

Adrenalina buzuje w moich żyłach niemal permanentnie, kawę mogę spokojnie pić bez kofeiny.
Albo i melisę zakrapianą walerianą. Nadmierne wyciszenie mi nie grozi.

Idę po Starszego, zaraz kończy trening. Młodszy leci ze mną. Jeden się przebiera, drugi kręci wokół nas, ja rozmawiam z trenerem. Nagle patrzę - Młodszego nie ma. Przed szkołą - nie ma. Na boisku - nie ma. Na trawniku, korytarzu, w szatni - nie ma! Dostaję przyspieszenia i podgłośnienia. Latam dookoła n-ty raz, po szkole, po krzakach, po podwórzu, boisku.
Starszy siedzi przed szkołą z zadaniem przygwożdżenia Młodszego w razie przelatywania.
Do mojego lotu przyłącza się sprzątaczka, szatniarka, koleżanka, ktoś jeszcze.
Wizje mi się kotłują, sami wiecie.

Młodszy mnie nie dostrzegł (?!!) i postanowił wrócic do domu. Sam. Phi, co to dla niego, nie?
Trzech rosłych panów w nieoznakowanym wozie zauważyło dziarskiego wędrowca i grzecznie się wylegitymowali. Wypytali. Przywieźli z powrotem. Dziarski włóczykij dziwnie zmalał i zmókł na tylnym siedzeniu, a mnie powyrywane włosy szurały pod miękkimi nogami, kiedy chwytałam go kurczowo.

Nie życzę nikomu. Panowie przesympatyczni, ale wolałabym z nimi wypić tę kawę, która przez dłuższy czas nie będzie mi potrzebna...


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Multitasking

Jak jednocześnie:
zachęcić, by Hunowie zjedli zieleninę?
uciszyć zmęczoną Li, wyjącą z samozaparciem godnym podziwu?
nie zagryść, a miło wieczór spędzić?
wyfroterować podłogę?

Zabawmy się. Należy wziąć kępkę roszpunki zalegającej w lodówce i zagrożonej zasuszeniem. Inna też może być. Podnieść ją i szumieć, udając drzewo.
- Taś, taś, diplooodokuuu!
I już.
Hunowie na czworaka pożerają na jednym posiedzeniu hałdę zielska, Li zanosi się śmiechem w foteliku i dokarmia dinozaury o nader krótkich szyjach.
Podłoga lśni. Trochę rozgniecionymi strzępkami zieleni co prawda, ale kto by na to zwracał uwagę?

środa, 5 kwietnia 2017

czarna seria

Ściga mnie jakieś fatum. Zaczęło się ze dwa tygodnie temu, kiedy blender mi się podzielił. Mniej więcej tak, jak lustro, w które trafiła piłka kopnięta przez kaczkę Katastrofę.
- Och, no trudno, miał swoje lata - pomyślałam. 
Następnego dnia jakieś czarne Audi z impetem wypadło z parkingu pod prąd i wbiło się w maskę mojej Zafiry. 
- Cóż za szczęście, ze nam się nic nie stało i że mam w AC opcję lawety! - pocieszałam się, pchając do domu wózek z Gąsienicą, Młodszym, rowerkiem, deskorolką i całą resztą zgarniętą z bagażnika.
Kolejna była suszarka, wydając ostatnie tchnienie wrz z delikatnymi oparami dymu, wypływającego z wywietrznika.
- Och, szkoda, ale cóż, lat miała więcej, niż blender.
Kilka dni później Gąsienica, po domowemu zwana Li i z uporem maniaka usiłująca dostać się do laptopa, zdołała wreszcie wylać pod niego resztę zimnej herbaty. 
- Oszsz, cholera, moja wina, trzeba było nie stawiać kubka tak blisko! - westchnęłam ratując, co się da. Dało się niestety niewiele.
W ciągu kolejnych dwóch dni pracowałam na pożyczonych laptopach, z których jednemu padł zasilacz, a drugi tajemniczym sposobem przestawił swój ekran na jakiś mocno niefunkcjonalny tryb i pół dnia zajęło mi odkręcanie tego z powrotem.
- Najważniejsze, że nadal działają, prawda?
Wczoraj wyszarpnęłam sobie chwilę i z błogością usiadłam do maszyny. W połowie szwu zazgrzytała, szarpnęła i stanęła. Zrobiłam, co się dało. I nic.
- ...
Dzisiaj Li po raz setny zaśliniła mi komórkę, cisnąwszy  wcześniej o podłogę. Tym razem doprowadziła ją do ostateczności.

- ... no bez jaj!!

Jakbyście mieli jakieś stare sprzęty i nie mieli serca ich wymienić, bo przecież JESZCZE DZIAŁAJĄ - przyślijcie je do mnie. Problem rozwiąże się zapewne sam w ciągu dwóch - trzech dni. No, góra tydzień.


środa, 25 stycznia 2017

Niedoszła kariera

Jak ten żuczek gnojarek toczę i toczę swój garb uroczy...

Tempo, w jakim Hunowie tworzą dziury na kolanach jest imponujące. Ilość utyskiwań na nadmiar energetyczny Młodszego powoli zaczyna mi powszednieć. Nie wytrzymał z nim nawet Pan Od Piłek. Zajęcia, w założeniu pomagające dzieciom się wyszaleć, nie przewidują widać przypadku radosnego Huna Barbarzyńcy. Pan Od Piłek wygląda raczej na Pana Od Chóru dla Dziewcząt. Niewykluczone, ze po zajęciach z dziećmi z obrzydzeniem wzdraga się na myśl o jakichkolwiek aktywnościach sportowych. Jest wątły, mówi głosem cichym i znękanym. Aczkolwiek to znękanie to może tylko przy mnie.
- A nie można mu powiedzieć [żeby nie szalał/ skakał/ gryzł piłek/ chichotał obłąkańczo]..? - pyta z resztką dobrej woli.
- On to wszystko wie! - zapewniłam go.
- I nie zmieni się..?
- Ależ zmieni! Za jakieś 3, może 5 lat. Tylko nie wiem, czy chce Pan tyle czekać...

Widać nie chciał, bo Młodszy już nie chodzi na piłki. Nie pisana mu kariera piłkarza.
Jakby ktoś potrzebował treningu w zakresie samokontroli, cierpliwości czy po prostu wytrzymałości psychicznej i fizycznej - herbata jest zawsze o 16. A jak nie będzie, to nie szkodzi. I tak by pewnie wystygła.